Stowarzyszenie Nasz Grodziec
Tel.+48 775464029
email:admin.grodziec@gmail.com

Nasz Grodziec

Stowarzyszenie

  • 1 Półkolonie

    Koniec wakacji to dla najmłodszych mieszkańców Grodźca okazja do wzięcia udziału w półkoloniach organizowanych w Kuźni przez Stowarzyszenie Nasz Grodziec. W tym roku z możliwości tej skorzystało trzydzieścioro dzieci, które pod opieką pań Iwony Konieczo i Marzeny Leżak spędziły aktywnie dwa ostatnie tygodnie wakacji.
    Więcej ...
  • 2 Rajd po Ukrainie

    W dniach 21 lipca – 3 sierpnia Stowarzyszenie “Nasz Grodziec” zorganizowało kolejny rajd rowerowy, pod nazwą Szlakiem kresowych twierdz. Jego trasa wiodła po obecnych terenach Ukrainy. W rajdzie wzięło udział 11 osób: Ania, Bartek, Basia, Krzysiek, Łucja, Marysia, Mirek, Rysiek, Teresa, Tomek, Zdzichu, ekipa prawie taka sama, jak rok temu na Białorusi. Poniżej przedstawiamy relację z trasy rajdu.
    Więcej ...
  • 3 VII Opolskie Spotkania Kresowe

    W dniach 23-24 czerwca odbyły się VII Opolskie Spotkania Kresowe zorganizowane wspólnie przez Stowarzyszenie Nasz Grodziec oraz Sołtysa Grodźca i Radę Sołecką. Imprezę dofinansowaną przez UGiM w Ozimku, objął patronatem Wojewoda Opolski Adrian Czubak, patronat medialny sprawowały Radio Opole oraz Tygodnik Ziemi Opolskiej.
    Więcej ...
  • 4 Honorowy Obywatel

    9 czerwca 2018 r. wieloletni kapelan Sybiraków ksiądz prałat Edmund Cisak, został Honorowym Obywatelem Gminy Ozimek, gdzie przez długie lata był proboszczem w parafii grodziec. Tytuł przyznała mu Rada Miejska na uroczystej
    Więcej ...
  • 5 Turniej tenisa

    Na nowym stole tenisowym rozgrywano VI Turniej tenisa stołowego, zorganizowany przez Stowarzyszenie „Nasz Grodziec”. Stół, a w zasadzie dwa stoły zostały zakupione z funduszu sołeckiego przez sołtysa Grodźca, Zdzisława Adamskiego. Jeden z nich trafił do PSP w Grodźcu, a drugi stać będzie w Kuźni.
    Więcej ...

Rowerem na Krym

Dzień 1 (21.08)

Tego dnia we Wrocławiu na dworcu PKP zaczynamy naszą podróż. Gdy dojeżdżamy do Przemyśla wymieniamy pieniądze na hrywny. Na dworcu zaczynamy rozglądać się za busem do Lwowa.

Zagaduje nas Ukrainiec, proponuje podwózkę za 500 hr za osobę (sic!). Na początku usłyszałem że sto za całość, więc zaczynam się z nim ugadywać, ale później jak ruszyliśmy do bankomatu, Ola wyprowadziła mnie z błędu. Nie znajdujemy transportu, wyruszamy do granicy na rowerach (15km). Na granicy jesteśmy trochę zagubieni, jedziemy najpierw tam, gdzie odprawia się samochody, ale miły Ukrainiec kieruje nas do przejścia dla pieszych. Ogólnie na granicy jest spokojnie, po stronie ukraińskiej każą otworzyć sakwy i pokazać parę rzeczy. Za granicą próbujemy złapać marszrutkę do Lwowa, ale szybko orientujemy się, że to niemożliwe ? w marszrutkach jest mało miejsca, dużo chętnych i nie ma szans na wciśnięcie rowerów. Przez chwilę zatrzymujemy stopa (Ola zagaduje kierowców zatrzymujących się pod sklepem, ale nikt nie chce nas zabrać). Decyzja ? jedziemy. Około 0,5 km dalej, na stacji benzynowej, zaczepia nas pan i mówi, że 7 km stąd jest pociąg i rusza za pół godziny. Zdążyliśmy. We Lwowie spotykamy się ze znajomymi z Barszczowic. Chodzimy trochę po Lwowie, lądujemy w przyjemnej restauracji z ogrodem. Jemy tam tradycyjny ukraiński barszcz i pierogi, zapijamy kwasem chlebowym. Śpimy u Olgi (kuzynki Oli).

Dzień 2 (22.08)

Wstajemy około godziny 6 rano, 2 godziny przed odjazdem pociągu wyruszamy (mamy 10 km do dworca). Na dworcu składamy rowery i owijamy folią strechową. Pakujemy się do pociągu, jednak nie udaje się nam zmieścić 2 rowerów w przedziale, więc drugi pakujemy do przedziału obok. Wykupujemy miejsca w przedziale ?kupe?, czyli boksy 4 osobowe. Była to dobra decyzja, gdyż było w nich bardzo wygodnie. Samowar w każdym przedziale obowiązkowo:).

W czasie postojów pociągu u ?babuszek? kupujemy morele, ciastko z malinami
i drożdżówki z serem. Kupowaliśmy z nadzieją, że są domowej roboty, ale prawdopodobnie są to ?wyroby sklepowe?.

Dzień 3 (23.08)

Tego dnia dojeżdzamy pociągiem do Simferopolu. Postanawiamy zacząć naszą wyprawę od Sudaku, bo boimy się, że w drodze powrotnej nie dostaniemy się do Simferopolu, z którego chcemy wracać. Po wyjściu z pociągu nie składamy rowerów, chcemy zwiększyć szanse na zabranie nas. Z trudem wydostajemy się na zewnątrz, ponieważ panuje ogromny tłok, gdyż jest to stolica Krymu i główny węzeł komunikacyjny ukraińskich kolei. Na chwilę rozdzielamy się, ja zostaję z rowerami, Ola szuka transportu. Czuje się przytłoczona ilością osób oferujących nocleg i transport. Szybko dostajemy ofertę transportu do Sudaku, ale drogą (600 hr za wszystko). Po minucie trafiamy na Rosjanina, który oferuje ?za wsio? 250 hr. Próbowałem zbić do 200, ale nie udało się ? bierzemy. Po zapakowaniu się do samochodu,  kupujemy pyszny kwas (zimny i w smaku domowy) od starszej pani. Świetny na orzeźwienie po dźwiganiu nieporęcznych i ciężkich rowerów (od dworca do miejsca zaparkowania naszego transportu było dosyć daleko). Spostrzeżenie, wszyscy jeżdżą jak szaleni. Zaszokowało nas jak rodzice z dzieckiem w wózku stoją na środku głównej drogi (udało im się przejść przez jeden pas). Unikanie czołówek o centymetry to norma, nikt nie trąbi z tego powodu i nie miga światłami, przecież to nic nadzwyczajnego.

W Sudaku składamy rowery i robimy małe zakupy (odkrywamy lepioszkę). Pod sklepem jemy kanapki z polskim pasztetem z kaczki. Ola jest zmęczona i trochę nieswoja. Ruszamy do Twierdzy Genueńskiej. Zjeżdżamy do morza na deptak. Droga do morza wyglądała jak  duży bazar z kiczem. Na deptaku wsiadamy na rowery, po paru minutach żandarm wzrokiem i gestem daje nam do zrozumienia, że mamy z nich zejść. Twierdza zrobiła na nas bardzo duże wrażenie. Jest bardzo dobrze zachowana, podziwiamy piękne widoki z baszt. Znajdujemy ?drzewka szczęścia?, Ola przyczepia tam tyrkę. Jest gorąco, pijemy więc orzeźwiający kwas. Ruszamy na Nowy Świat piękną, krętą drogą przy klifie. Widoki zapierają dech w piersiach. Zaczynają się pierwsze podjazdy. Nowy Świat jest bardzo komercyjny, wśród turystów dużo Białorusinów i Rosjan. Plaża jest wąska, ale przepiękna, otoczona wysokimi górami. Woda czysta. Zaliczamy pierwszą kąpiel morską. Ruszamy na zachód, próbujemy przebić się przez góry, ale nie da się z rowerami, szkoda, bo droga jest super, przez górki z widokiem na morze. Jesteśmy zmuszeni wracać do Sudaku, nie ma innej możliwości, musimy objechać masyw. Robi się już ciemno, po drodze do Sudaku znajdujemy doskonałe miejsce na nocleg. Skała pod drogą, trochę drzewek. Najpierw idę wybadać teren, znajduję namiot, próbuję dowiedzieć się, czy można tu przenocować, ale jest tam jakiś gbur, który nie chce ze mną rozmawiać. Schodzę na plażę po dużych kamieniach, okazuje się, że  jest tam rozbitych około 6 namiotów, i milsze towarzystwo. Małżeństwo w średnim wieku próbuje mi wytłumaczyć o co chodzi z tym miejscem, generalnie można się rozbijać, wspominają coś o leśniczym, ale nie zrozumiałem o co chodzi. Decydujemy rozbić się, ciężko się dostać z rowerami (strome i kamieniste zejście), ale było warto.

Dzień 4 (24.08)

Wstajemy o 8:00. Długo się zbieramy. Ciężko wydostać się na drogę. Ola ma mało powietrza w przednim kole. Po chwili pompowania pompka przestaje działać. Udaje się ją naprawić. Długo przejeżdżamy przez Sudak (były korki i tłok na chodnikach). Trafiamy na główną drogę i ruszamy na zachód. Po drodze trafiamy do przydrożnego baru z tradycyjną kuchnią ormiańską. Nie jesteśmy głodni, ale zgodnie z jednym z wyprawowych założeń, chcemy spróbować lokalnych potraw. Jemy bozdasz (pyszną zupę) i omlet z warzywami. Płacimy 58 hr. Jedziemy dalej, zaczynają się poważne podjazdy (długie i strome). Wysiłek wynagradzają piękne widoki. Kawałek za Morskoje wskakujemy do morza. Dalej ostre podjazdy, Ola wymięka, ze sznurka robię linkę holowniczą i dalej ją ciągnę. Zjazd do Priwetnoje. Robimy tam małe zakupy, jadąc główną drogą w kierunku morza, widzimy widzimy tabliczkę ?wino domowe?. U pana kupujemy (po degustacji), litr czerwonego wina. Przelewa je nam do naszej plastikowej butelki po wodzie. Pozwala jeszcze skosztować winogrona ze swojego ogrodu, są przepyszne, słodkie. Zjeżdżamy do morza, szukamy noclegu. W pobliżu widzimy pole namiotowe, ale nie chcemy tam nocować, wolimy mniej komercyjne miejsca. Jedziemy na zachód, zjeżdżamy i niestety natrafiamy na ośrodek wczasowy. Przechodzimy przez ośrodek, za nim znajdujemy drogę, jedziemy nią wzdłuż morza i widzimy namioty. Jedziemy kawałek dalej i znajdujemy zjazd do plaży. Rozbijamy namiot. Jemy kolację i zapijamy czerwonym winem z plastikowej butelki. Po zmroku, zaraz za naszym namiotem, ktoś puszcza lamiony kong-ming. Ola jest bardzo dzielna, pokonała bardzo trudne podjazdy.

Dzień 5 (25.08)

Wstajemy wcześnie, po 7. Daleko na morzu widzimy delfina, a jeszcze dalej całą ławicę. Wyjeżdżamy późno, bo zbieraliśmy się długo - zamontowałem dynamo ładujace telefon i aparat, zaliczamy 2. kąpiele w morzu. Najpierw ruszamy drogą, którą przyjechaliśmy dalej na zachód, w nadziei, że skrócimy sobie trasę poruszając się przy morzu. Niestety po niecałym kilometrze pojawia się stroma górka, wbiegam na nią, by wybadać teren ? wjazd na nią nie ma sensu, wracamy. Jedziemy główną drogą, jest bardzo gorąco i stromo. Pokonujemy dwie trudne górki. Przy zjeździe wyłania się piękny widok ? wysoka i efektowna cerkiew przy miejscowości Malorichenske. Zwiedzamy ją z zewnątrz, ja wchodzę, Ola musi czekać, bo nie ma chusty na głowę ani niczego do zakrycia nóg. Jest bardzo gorąco. Chcemy do morza, w kolejnej miejscowości się nie udaje, ale w następnej tak. Po kąpieli kupujemy owoce: melona, figi, winogrona, banany. Jedziemy dalej, pokonujemy kolejne podjazdy. Po godzinie słońce chowa się za wysokie góry w oddali. Postanawiamy zrobić skrót i zjechać do morza do pola namiotowego i rozbić się za nim. Mylimy się i zjeżdżamy w złą drogę, prowadzącą do hotelu. Musimy wracać (35% podjazd, ale krótki). Zaczyna się ściemniać, znajdujemy właściwą drogę (szutrową). Zjeżdżamy, kolejny błąd, wjeżdżamy na czyjąś posiadłość (źle na rozjeździe). Wracamy. Jedziemy dalej, robi się ciemno, droga zamienia się w single tracka, dalej prowadzimy rowery. Roślinność nieprzyjazna, drapie nas po nogach, aż dziwne, że nie złapaliśmy gumy. Po długim  błądzeniu trafiamy do pola namiotowego, które jest częścią turystycznego motłochu. Idziemy na plażę i oddalamy się od "imprezowni". Rozbijamy namiot niedaleko innych namiotów, wkoło kręci się dużo ludzi. Nie podoba nam się tu, ale nie mamy wyboru. Na kolację fasolka z makaronem i pyszne owoce (melon i figi). Przejechaliśmy 50km.

Dzień 6 (26.08)

Wstajemy o 7:30, miejsce, jak się spodziewaliśmy, brzydkie, ale woda w morzu zaskakuje czystością. Od paru dni Oli ucieka powietrze w przednim kole, w końcu wymieniam dętkę i reperuję uszkodzoną. Zaliczamy 2 kąpiele morskie. Noc była niespokojna, mocno wiało i ktoś się kręcił w pobliżu. Jemy dobre śniadanie, szczególnie ze względu na owoce (figi, melon). Jedziemy do Ałuszty, tam zwiedzamy cerkiew, w której upomina nas Pani ? Olę za brak zasłoniętych nóg (chustkę założyła), a mnie za robienie zdjęć (choć wyraźnego zakazu nigdzie nie widziałem). Znajdujemy też meczet oraz twierdzę Auston, po której została niezbyt efektowna wieża. Szukamy transportu do Jałty. W zajezdni trolejbusów dowiadujemy się że wszystkie bilety na dzisiaj sprzedane (trzeba kupować  z przynajmniej godzinnym wyprzedzeniem). Pani w kasie tłumaczy mi coś, ale nie do końca rozumiem ? coś o trolejbusie nr 2 i autobusie. Ola pyta kogoś o transport i dostaje podobne informacje, sklejamy je w całość i wiemy, że mamy przejechać 2 przystanki trolejbusem nr 2 i tam przesiąść się do trolejbusu 52 do Jałty. 2 przystanki pokonujemy na rowerach. Jedzie 52, niestety pełno ludzi ? nie wchodzimy. Obok stacja ?PKS-ów?, jak się okazuje drogo i ciężko z zabraniem rowerów (40 hr/os). Pytam się na ulicy przypadkowej pani, kiedy jedzie następny trolejbus do Jałty, ona mówi że nie wie, trzeba stać i czekać, po czym 2 sekundy później jedzie trolejbus ale inny ? też do Jałty. Ola pyta się kierowcy czy możemy z rowerami ? możemy, idziemy na koniec, chcemy wejść, ale wejście blokują nam jakieś wózki dziecięce, walizki i kilka osób. Nie mamy odpiętych sakw, wejście do środka zajęłoby zbyt dużo czasu ? macham do kierowcy, żeby jechał bez nas. Pojawia się kolejne 52 ? znowu załadowane. Idziemy tam, gdzie podjechał poprzedni trolejbus. Tam zagaduje nas Ukrainiec mówiący po Polsku. Przez dłuższą chwilę rozmawiamy, jest miło. Kolejne 52, miły Pan angażuje się i zagaduje kierowcę, ludzi mniej, więc pakujemy rowery i jedziemy. Cena niska, 24 hr za wszystko.

Jałta nie podoba się nam, tłok i komercja. Jemy obiad, tradycyjną ukraińską potrawę. Jedziemy obejrzeć cerkiew - bardzo ładna. Ja wchodzę do środka, po chwili jestem wyproszony, chyba za nieodpowiedni ubiór (pani pokazuje na moje stopy w sandałach).

Plac Lenina i pamiątkowa fotka. Idziemy długim nadbrzeżnym bulwarem, pełnym ludzi i  tandety. Uciekamy z Jałty, szukamy noclegu. Jedziemy do Liwadii, gdzie poniżej Pałacu Potockich, wg mapy jest pole kempingowe. Okazuje się że jest tam tylko park stanowiący część kompleksu pałacowego. Jesteśmy zmuszeni szukać noclegu u kogoś. W kolejnej miejscowości (Oleandra) udaje się. Chatka skromna, ale bardzo czysta. Żałujemy bardzo, że nie mamy przy sobie lepszego jedzenia, bo w chatce jest kuchenka i można by ugotować coś innego niż ?gotowiec? ze słoika. Przejechaliśmy 30-35 km.

Dzień 7 (27.08)

Wtajemy o 8:00 wyspani. Miło spać dla odmiany w wygodnym łóżku. Po śniadaniu ruszamy ponownie, by spokojnie zwiedzić pałac Potockich. Super atrakcja i piękna okolica. Spotykamy polską wycieczkę. Chciałem wejść do środka, ale ostatecznie rezygnuję. Wracamy do Oleandry, pakujemy się, ruszamy dalej. Kolejna atrakcja to Jaskółcze Gniazdo. Początkowo mamy problem z dotarciem tam, niestety nie ma drogi, z której byłoby blisko. Od głównej drogi do Gniazda prowadzi piesza ścieżka (dużo schodów). Rowery zostawiamy koło budki z pamiątkami i prosimy sprzedawczynię, żeby przypilnowała. Przy pochmurnej pogodzie podziwiamy Jaskółcze Gniazdo oraz przepiękne widoki. Dobrze, w końcu odpoczywamy od słońca. Jedziemy dalej, pada deszcz, chowamy się na przystanku, przy którym jest sklep ? możemy uzupełnić zapasy. Przejeżdżamy przez kilka miejscowości, m. in. Mischor, w którym jest stacja kolejki na Ai-Petri (ok 1200m). Przypadkowo docieramy do parku w Ałupce, dalej prowadzimy rowery, bo nie można jeździć. W środku parku nieoczekiwanie widzimy efektowny Pałac Woroncowa (miłe zaskoczenie), który jest rewelacyjny. Po wyjeździe z parku zaczynamy szukać noclegu. Po drodze kupujemy suszone ryby. Przejechaliśmy przez miejscowość Simejiz, przy wyjeździe super droga, z widokiem na morze i skały. Z góry wypatrujemy potencjalnego miejsca na nocleg - widzimy kawałek plaży i kilka namiotów. Zjeżdżamy tam, jest dosyć wcześnie (około 17:00), okolica jest piękna, plaża kamienista, mało ludzi (kilka namiotów), cisza i spokój. Idealne miejsce na nocleg.

Przejechaliśmy 25 km

Dzień 8 (28.07)

Poranek mamy bardzo leniwy, nigdzie się nie śpieszymy, kąpiemy się parę razy w morzu, Ola łowi meduzy. Jest bardzo gorąco, więc tym bardziej ruszamy się jak muchy w smole. W końcu ruszamy. Jedziemy główną drogą do Forozu. Po drodze mijamy opuszczony ośrodek wczasowy. Ola wypatruje ciekawych okazów roślin wokół ośrodka. W Forozie chcemy nocować, niestety okazuje się, że nie ma możliwości dojścia do morza ? jest tam park i nie wpuszczono nas z rowerami, obietnice że będziemy prowadzić rowery nie pomogły. Próbujemy minąć park z innej strony, ale bez skutku, trzeba wracać pod stromą górkę do głównej drogi i jechać dalej. Podjeżdżamy do pierwszego potencjalnego miejsca noclegowego, ale jest tam jakiś obiekt  (sanatorium i budynek państwowy). 4 km dalej zjeżdżamy z  głównej drogi w kierunku morza ? na obu mapach jest tam zaznaczone pole namiotowe. Wcześniej ze skarpy widzieliśmy wybrzeże na którym chcieliśmy się rozbić, niestety nie trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy, zjechaliśmy do nowoczesnego olbrzymiego hotelu, czyli trochę wcześniej. Droga prowadzi za hotel, znajdujemy pole namiotowe, ale chcemy rozbić się na dziko. Na końcu drogi są skały i blisko do morza, wypatrujemy kawałek miejsca, gdzie można rozbić namiot. Idziemy, trudno się dostać z rzeczami i rowerami, ale udaje się. Miejsce, do którego dotarliśmy jest magiczne i najbardziej ekstremalne z miejsc, w których kiedykolwiek rozbijaliśmy namiot. Postawienie namiotu trochę trwa, miejsca płaskiego jest za mało, więc poszerzamy je podkładając kamienie. W końcu po zmroku udaje się nam rozbić namiot. Zjadamy kolację oraz pysznego melona i idziemy spać. Zrobiliśmy tego dnia 41 km. Warto przypomnieć, że w tym dniu obchodzono w Sewastopolu 1025-lecie chrztu Rusi Kijowskiej.  W mieście tym znajduje się też  główna baza stacjonującej na Ukrainie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej oraz siedziba Morskich Sił Zbrojnych Ukrainy. Formacje te razem obchodziły w niedzielę Dzień Floty. Mieliśmy okazję w ten dzień widzieć około 50 milicjantów i parę luksusowych samochodów eskortowanych przez ochronę. Możliwe, że to Putin albo Janukowycz, którzy gościli w tym czasie w pobliskim Sewastopolu:)

Dzień 9 (29.07)

Ola wstała wcześniej, gdy wróciła z porannej kąpieli, powiedziała że widziała krewetki, więc jak nadeszła moja kolej kąpieli, wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem parę zdjęć krewetek i krabów.  Po spakowaniu przyszedł czas na wdrapanie się na drogę, trochę to trwało i nie było łatwe. Jest bardzo gorąco, a przed nami bardzo stromy podjazd do głównej drogi (13%). Powoli wdrapujemy się do góry. Niecały kilometr przed główną drogą jemy tradycyjną potrawę płow (ryż z baraniną z dodatkiem marchewki ? nic specjalnego) i wypisujemy kartki. W barze siedzimy długo i nie możemy się zebrać, nie chce nam się wychodzić z cienia na palące słońce. W końcu ruszamy. Jedziemy główną drogą na północ, oddalamy się od morza. Powoli opuszczamy góry, więc odpoczywają nasze nogi od pedałowania. Zjeżdżamy do pierwotnie planowanego miejsca naszego noclegu, jesteśmy tam około godziny 15. Pora wydaje się być wczesna, więc jedziemy dalej w kierunku Inkermanu, chcemy zdążyć na pociąg do Bakczysaraju. Droga prowadzi nas do torów, są tu jakieś bocznice i jak dowiadujemy się, pociągi osobowe nie jeżdżą tu. Przechodzimy przez gęstą sieć torów, po których kursują co chwilę pociągi towarowe. Czasu mamy w miarę dużo, aby zdążyć na stację z której jadą pociągi ?elektriczki?. Niestety po chwili jazdy Jarek łapie gumę w obu kołach. Pociąg uciekł nam ?z przed nosa?. Jedziemy dalej, postanawiamy dojechać do morza na zachodnie wybrzeże, niedaleko Sewastopola. Początkowo droga jest niezbyt przyjemna, dużo samochodów, duszno, śmierdzi spalinami. Po paru kilometrach zjeżdżamy na mniej ruchliwą drogę. Smród spalin zastępuje zapach lasu. Po drodze Jarek łapie kolejny raz gumę (3 dziury w tylnym kole). W międzyczasie pobłądziliśmy, do nadmorskiej miejscowości docieramy gdy już jest ciemno. Ola wypatrzyła zjazd do plaży, były tam rozbite namioty. Nie mamy pewności, czy plaża jest ogólnodostępna. Pytamy grupę Ukraińców, mówią że możemy się rozbić i  nie trzeba płacić.  Reagują bardzo pozytywnie na wieść, że jesteśmy Polakami. Jak się okazało miejsce namiotowe jest bardzo wygodne, przy jedynej plaży pokryta piaskiem na jakiej spaliśmy na Krymie. W tym dniu zrobiliśmy 56 km.

Dzień 10 (30.07)

Rano zbieramy się trochę szybciej niż zazwyczaj, chcemy zdążyć na pociąg do Bakczysaraju. Poranek jest przyjemnie chłodny, ale jak tylko wstajemy chmury znikają i robi się upalnie. Droga do stacji w Mekenzijevi Hory idzie gładko (5 km). Kupujemy bilety (14 hr za wsio) i ruszamy ?elektriczką?. W pociągu handel kwitnie na całego. Spotykamy panią sprzedającą zioła, panią z chemią gospodarczą, panią z lodami, pana z rzeczami ?ze straganu odpustowego?. Pojawia się też pan z gitarą (zaopatrzonego w mały wzmacniacz i mikrofon). Prawdopodobnie śpiewa, ale odgłosy pociągu uniemożliają nam podziwianie jego talentu:). Jesteśmy w szoku, że tyle osób robi zakupy w pociągu. Jednak nic nie działa tak dobrze jak reklama, czyli omawianie przez minutę każdego sprzedawanego produktu. TV market na żywo. Koło dworca w Bakczysaraju wysyłamy kartki, wybieramy pieniądze w bankomacie i kupujemy domowej roboty kwas prosto z beczki. Znajdujemy hotel opisany w przewodniku. Jedynym plusem tego hotelu jest położenie w pobliżu dworca. Cena za noc wynosi 120 hr za 2 osoby. Łazienka na korytarzu, pokój oraz wszystko w koło w bardzo kiepskim standardzie. Kąpiemy się i idziemy zwiedzać miasto. Zaliczamy Pałac Chanów. Robi na nas bardzo duże wrażenie. Zwiedzamy część ogólną nieodpłatną, kupujemy bilety (60 hr za osobę) i zwiedzamy wnętrza. Warto było wydać tyle hrywien, bo miejsce jest bardzo ciekawe, szkoda tylko że nie rozumiemy przewodnika, który opowiada w języku rosyjskim. Po zwiedzaniu pałacu idziemy coś zjeść, znajdujemy urokliwą restaurację opisywaną w przewodniku. W tatarskich restauracjach siedzi się na podeście po turecku przy niskim stole. Próbujemy tatarskiej kuchni, zamawiamy kolejny raz czeburiaki, nieznane nam danie mięsno-warzywne z ryżem oraz zupę z papryką, makaronem i Bóg wie z czym. Za wszystko płacimy 140 hr. Jesteśmy padnięci, zasypiamy przy stole. Nie mamy siły zwiedzać wcześniej zaplanowanych zabytków ? monastyru i skalnego miasta. Po paru dniach przy temperaturze powyżej 35C padamy jak muchy. Tym razem słońce nas pokonało. Idziemy spać.

Dzień 11 (31.08)

Wstajemy, bierzemy poranną kąpiel i zbieramy się do drogi powrotnej. Około 10. ruszamy na dworzec i jedziemy pociągiem osobowym do Simferopolu. W Simferopolu mamy 3 godzimy do pociągu do Lwowa. Robimy zakupy na drogę. Na dworcu odnajdujemy nasz pociąg i bierzemy się za rozkręcanie rowerów. Gdy już jesteśmy gotowi do drogi, wskakujemy do pociągu i ..... WRACAMY do domu :( .

 Dzień 12 (1.08)

Po 26 godzinach jazdy docieramy do Lwowa. Jesteśmy na miejscu o 13,30. Mamy nadzieję dotrzeć do 17,30 do Przemyśla. Jedziemy na dworzec pociągów osobowych zorientować się, o której jeżdżą ?elektriczki?, niestety pociąg w kierunku Polski mamy dopiero za 2 godziny. Niedaleko znajduje się też stacja marszrutek,  tam dowiadujemy się pod jakim numerem jeżdżą busiki do granicy. Po około pół godziny siedzimy w marszrutce i jedziemy do granicy. Zapłaciliśmy 80 hr za dwie osoby i rowery. Nie wiemy czy to dużo czy mało. Słyszymy, jak kierowca rozmawia z jakimś innym kierowcą chwaląc się, ile na nas zarobił:). O 17. czasu polskiego jesteśmy w Medyce. Granicę pokonaliśmy bez żadnych problemów. Jesteśmy świadomi, że nie dotrzemy na czas na pociąg do Przemyśla. Odjeżdża o 17.29. Mamy pół godziny, a przed nami 17 kilometrów pedałowania na dworzec. Spokojnym tempem jedziemy do Przemyśla. Na miejscu kupujemy bilety, musimy czekać do 2. w nocy. Idziemy na rynek na kolacje, zwiedzamy miasto i o planowanej godzinie wsiadamy w pociąg i ruszamy do domu.

Dzień 13 (2.08)

O 14. wysiadamy na dworcu głównym we Wrocławiu. Kończymy naszą wyprawę pełni wrażeń i planów na przyszłe wyprawy rowerowe. Kolejna może w .... Gruzji? Czas pokaże.

 Ola i Jarek

Odwiedza nas 116 gości oraz 0 użytkowników.

Copyright 2018 Nasz Grodziec