Stowarzyszenie Nasz Grodziec
Tel.+48 775464029
email:admin.grodziec@gmail.com

Nasz Grodziec

Stowarzyszenie

  • 1 Turniej w Kota

    Po raz dziewiąty w sobotnie popołudnie dawna „Kuźnia” w Grodźcu będąca siedzibą Stowarzyszenia „Nasz Grodziec” zapełniła się pasjonatami gry w „Kota”, która od wielu pokoleń emocjonuje jej uczestników.
    Więcej ...
  • 2 Wystawa

    Tegoroczne Europejskie Dni Dziedzictwa przebiegały pod hasłem przewodnim Polski splot. W ich organizację włączyło się także Stowarzyszenie Nasz Grodziec, organizując dwie imprezy. Pierwsza z nich to rajd rowerowy Szlakiem plebiscytu z 1921 r. Mowa oczywiście o plebiscycie, w którym mieszkańcy Śląska mogli wypowiedzieć się, do którego państwa, do Niemiec czy do Polski, chcą przynależeć.
    Więcej ...
  • 3 Rajd po Rumunii

    W końcu, wreszcie, nareszcie, doczekaliśmy się, urlop już jutro, już, już, tuż, tuż. Przygotowania trwały długo, specjalnie na wyjazd kupiliśmy przyczepę rowerową, mamy samochód z hakiem, który będzie ją ciągnął, trasa ustalona, noclegi zarezerwowane. W piątek wieczorem przygotowujemy się do wyjazdu, gdy nagle dostajemy informację, że samochód z hakiem zepsuł się i raczej nie powiezie naszych rowerów, jest piątek około dziesiątej wieczór.
    Więcej ...
  • 4 Spotkania Kresowe

    Tegoroczne VIII Opolskie Spotkania Kresowe odbyły się niezmiennie w Grodźcu w dniach 29-30 czerwca i były organizowane pod honorowym patronatem Starosty Powiatu Opolskiego. Organizatorzy spotkania tj. Sołtys, Rada Sołecka oraz Stowarzyszenie „Nasz Grodziec” zgodnie z wieloletnią tradycją przygotowali bogatą ofertę programową adresując '' ją'' zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.
    Więcej ...
  • 5 Tenis

    Sobotnie upały nie przeszkodziły uczestnikom zawodów sportowych w tenisie stołowym, którzy bardzo aktywnie spędzili do południa swój czas w sali gimnastycznej PSP w Grodźcu. Tradycyjnie już z inicjatywy Stowarzyszenia „Nasz Grodziec” odbyły się tu bowiem w dniu 8 czerwca br.(sobota) kolejne -„VII Mistrzostwa Grodźca w Ping-Pongu”.
    Więcej ...

Czy jedzie z nami pech?

            W końcu, wreszcie, nareszcie, doczekaliśmy się, urlop już jutro, już, już, tuż, tuż. Przygotowania trwały długo, specjalnie na wyjazd kupiliśmy przyczepę rowerową, mamy samochód z hakiem, który będzie ją ciągnął, trasa ustalona, noclegi zarezerwowane.

W piątek wieczorem przygotowujemy się do wyjazdu, gdy nagle dostajemy informację, że samochód z hakiem zepsuł się i raczej nie powiezie naszych rowerów, jest piątek około dziesiątej wieczór. Przekładamy wyjazd z soboty z godziny szóstej rano na godzinę czternastą. Od rana rozpoczyna się poszukiwanie samochodu, niestety, w wypożyczalniach wszystkie samochody są zarezerwowane. W końcu udało nam się pożyczyć auto z hakiem od Bartka. Szczęśliwi ruszamy w drogę. Dojeżdżamy jednak tylko do Krakowa, tu samochód odmawia posłuszeństwa. Znowu wydzwaniamy po wypożyczalniach, nie udaje się nam znaleźć auta z hakiem, ale wypożyczamy samochód dostawczy, którego paka pomieści dwanaście rowerów. Ruszamy z Krakowa do Rumunii.

            Z dobowym opóźnieniem docieramy w okolice Syhotu Marymoskiego. Po parogodzinnym odpoczynku ruszamy na zwiedzanie miasta. Znajduje się tu m. in. Muzeum Wsi oraz Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu, urządzone w miejscu dawnego więzienia komunistycznego. Oglądamy kościoły katolickie, użytkowane przez Węgrów i rumuńskie prawosławne (w Rumunii ponad 80% wierzących stanowią wierni Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego). Warto wiedzieć, że w Syhocie w 1918 r. rozpoczął się proces ponad stu polskich legionistów, wśród których byli m. in. Tadeusz Sas-Zubrzycki, czy generał broni Zygmunt Zieliński. W tej miejscowości urodził się też twórca pojęcia Holokaust Elie Wiesel.

            W poniedziałek ruszamy na trasę, trochę boimy się gór, ale cóż robić, jak już tu jesteśmy, to trudno się wycofać. Rano wyjeżdżamy z Syhotu, trasa wiedzie przez urokliwe rumuńskie wioski. Oglądamy charakterystyczne dla regionu drewniane cerkwie i pięknie rzeźbione drewniane bramy. Typowa brama składa się z dwuskrzydłowych wrót i furtki dla pieszych. Bogato zdobiona popularnymi tu motywami: plecionym sznurem, karpacką rozetą, winną ratoroślą, żołędziem, rombem, czy drzewem życia. Wszystkie te ornamenty-symbole mają zapewnić mieszkańcom dobrobyt i powodzenie w życiu. Prócz architektury podziwiać można też wspaniałe widoki, oczywiście im wyżej wjedziemy, tym więcej widzimy, więc posuwamy się mozolnie, metr po metrze, by wreszcie dotrzeć na szczyt. Widać stąd doskonale serpentynę, którą wspinaliśmy się. Do noclegu na szczęście już całkiem blisko, do tego cały czas w dół. Z wcisniętymi hamulcami dojeżdżamy do wioski Valeni, gdzie w agroturystyce spotyka nas takie przyjęcie, że pełni niedowierzania pytamy samych siebie, czy jedzie z nami pech? Sytuacja wyjaśnia się niebawem, po pysznym obiedzie, składającym się z regionalnych przysmaków, nadszedł czas relaksu. Dwie osoby zaczynają grać w piłkę, dołącza do nich trzecia, nagle następuje zderzenie dwóch graczy i jeden z nich przysiada, jęcząc z bólu. Okazuje się, że kontuzja eliminuje go z dalszej jazdy rowerem. To jeszcze nie koniec, podczas śpiewów wieczornych w gitarze pęka struna, pęka w momencie, gdy nikt jej nie dotyka. Powtórnie pytamy samych siebie, czy jedzie z nami pech? W poniedziałek przejechaliśmy 30 km, większość pod górę.

            Trasa wtorkowa jest dłuższa, dłuższa i bardziej stroma. Z Valeni jedziemy na Barsanę, gdzie zwiedzamy monaster. W 2005 r. klasztor stał się muzeum, dzięki zgromadzonej kolekcji starych książek i ikon. W kompleksie można oglądać drewniany kościół, nowy kościół, budynek z celami i kaplicą, tradycyjną bramę i dwa domy. W dalszej drodze dwie osoby, Mirek i Tadek, odwiedzają wytwórnię tradycyjnych drewnianych bram, sposób ich wyrobu wywarł na naszych kolegach spore wrażenie. Po zwiedzeniu muzeum i wytwórni bram ruszamy dalej, ciągle pod górę, przy bardzo stromych podjazdach część z nas prowadzi rowery. Są jednak i tacy, którzy wjeżdżają na szczyt bez większych problemów. Na szczycie odpoczywamy i podziwiamy widoki. Po chwili ruszamy w dalszą drogę i docieramy do miejsca kolejnego noclegu. Jest to bardzo ładny duży drewniany dom. Wieczorem spotykamy się, by podzielić się wrażeniami z dzisiejszej trasy. Wydaje się, że pech zrezygnował z dalszej jazdy z nami, cóż, górki były naprawdę strome. Przejechaliśmy dziś 40 km, większość pod górę.

            Z założenia środa miała być dniem odpoczynku przed bardzo stromą i długą (prawie 70 km) trasą czwartkową. Wyjeżdżamy na luzie i docieramy na luzie na miejsce docelowe. Trasa prowadzi ciągle pod górę, lecz nie jest zbyt stroma, i jest krótka. Przejechaliśmy tylko 17 km. Po zameldowaniu się w hotelu pojechaliśmy zwiedzać pobliskie miasteczko Viseu de Sus, wstąpiliśmy tu także na zabytkową stację kolejową, by przyjrzeć się górskiej kolejce parowej. Wjazd starego pociągu na stację wzbudził powszechne zainteresowanie, pooglądaliśmy starą ciuchcię i stare drewniane wagoniki. Plan przewidywał również pobyt w aquaparku, niestety okazało się, że pod nazwą aquapark kryje się zwyczajny basen zewnętrzy. Nieco rozczarowani wróciliśmy do hotelu. Czy jedzie z nami pech? Jeśli tak, to dziś był mało aktywny. Przed nami najcięższy etap rajdu.

Czwartkową trasę rozpoczynamy wcześniej, pierwsze dwadzieścia kilometrów pokonujemy sprawnie, jedziemy pod górę, ale wzniesienie jest umiarkowane. Solidne podjazdy zaczynają się za Barsą, przewyższenia wynoszą około 1000 m. Naprawdę jest co robić. Dobrze choć, że pogoda nam sprzyja, słońce świeci, lecz nie za mocno, odpowiednio dla rowerzystów. Na szczyt docieramy solidnie zmęczeni. Na szczęście przed nami długi, liczący ponad czterdzieści kilometrów zjazd. Zjeżdżamy nie wysilając się zbytnio. Zatrzymujemy się na jednym z leśnych parkingów i ku naszemu zdziwieniu dostrzegamy na nim porzucone szczenię. Olek, znany miłośnik zwierząt, bardzo chce znaleźć dobre miejsce zamieszkania dla pieska. Piesek ląduje w samochodzie technicznym i odtąd jedzie z nami. Tuż przed miejscem noclegowym, w miejscowości Kirlibaba, przy kościele katolickim, oglądamy pomnik poległych tu w 1915 r. żołnierzy II Brygady Legionów Polskich. Z Kirlibaby przejechaliśmy kilka kilometrów i dotarliśmy do naszej bazy noclegowej. Jak się okazało, ośrodek należy do Niemca, którego rodzina wywodzi się z okolic Świdnicy. Wieczorem, po kolacji, krótko świętowaliśmy imieniny jednego z uczestników rajdu. Dziś przejechaliśmy blisko 80 km.

Po sutym śniadaniu wyruszyliśmy w trasę. Do przejechania było około 40 km. Początkowo jechało się całkiem dobrze, droga niezbyt stroma i mało ruchliwa. Po jakimś czasie uaktywnił się pech, a na to, jak wiadomo, nie ma skutecznego lekarstwa. Przede wszystkim wjechaliśmy na drogę ruchliwą, co chwilę trzeba było uciekać przed pędzącym tirem. Niestety, kierowcy rumuńscy jeżdżą podobnie do ukraińskich, rowerzysta nie jest uważany za pełnoprawego użytkownika drogi, przed dużym samochodem powinien zjechać na pobocze, jeśli nie chce zostać potrącony. W takich warunkach jazda nie mogła być komfortowa. Do tego doszły przebite dętki, najpierw u kolegi Zdzisława, później u koleżanki Teresy. Na nocleg dotarliśmy szybko, bo już około piętnastej. Tu jednak okazało się, że mimo wcześniejszego opłacenia noclegu mamy tylko sześć miejsc na dwanaście osób. Tak się to zaczęło, później właściciel „agroturystyki”, przebywający akurat na urlopie, stwierdził, że pieniądze za nocleg odesłał na nasze konto. Żarty się skończyły, zagroziliśmy policją i pieniądze odzyskaliśmy. Jednak dalej nie mieliśmy gdzie spać. Czy jedzie z nami pech? Po długich poszukiwaniach, późnym wieczorem, znaleźliśmy doskonałe miejsce noclegowe i pełni szczęścia zakwaterowaliśmy się. Dwóch naszych kolegów postanowiło dojechać na nowe miejsce noclegowe rowerami. Pokonując bardzo strome podjazdy przejechali dodatkowo prawie 50 km. Wieczorem mieliśmy kolejne imieniny, tym razem jednej z uczestniczek wyprawy.

Szósty dzień rajdu, właśnie z powodu zmiany miejsca noclegowego, był dniem stacjonarnym. Skoro nie musieliśmy jechać rowerami, postanowiliśmy odwiedzić jedną z „polskich” wsi znajdujących się na Bukowinie. Udaliśmy się więc do wsi Kaczyka. Wieś powstała zapewne pod koniec XVII w., swoją nazwę wzięła od ormiańskiego imienia Kaczyko, występującego w zapiskach sądowych lwowskich już w 1444 r. Pod koniec XVIII w. sprowadzono tu 20 rodzin z Bochni do pracy w powstającej kopalni soli. Od XIX w. kopalnia posiadała własną szkołę, w której uczyli nauczyciele znający język niemiecki, rumuński i polski. Obecnie we wsi można zobaczyć Dom Polski, kościół katolicki, w którym do lat sześdziesiątych XX w. proboszczami byli Polacy oraz udostępnioną do zwiedzania kopalnię soli. W samej kopalni zachowały się ślady polskości, są też tablice informacyjne w języku polskim. Po zwiedzeniu Kaczyki zameldowaliśmy się na nowym miejscu noclegowym. Przejechaliśmy dziś 42 km. Agroturystyka, gdzie przyszło nam spać, znajdowała się w bardzo ładnej okolicy, na wzgórzu, z którego widać było położoną w dolinie Vamę. Vama to niewielka miejscowość leżąca w okręgu Suczawa, znajduje się w niej bardzo dużo sklepików z artykułami sztuki ludowej. Tutaj też urodził się Rudolf Antoni Schreiber, kapitan dyplomowany artylerii Wojska Polskiego, ofiara zbrodni katyńskiej. Wróćmy jednak do naszej agroturystyki, położony w malowniczej okolicy budynek miał prawie wszystko, by być idealnym miejscem odpoczynku. „Prawie” odnosi się do właścicielki pensjonatu, która powitała nas listą zakazów. W moim obiekcie nie można: wychodzić na balkon, zachowywać się głośno, robić co się chce itd. Do tego niezwykle groźna mina. Równo o 22.00 byliśmy w łóżkach.

Opuściliśmy ośrodek przed końcem doby hotelowej i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dziś było bardzo gorąco, powyżej 30 stopni. W takiej temperaturze nie jedzie się dobrze. W miejscowości Gura Humorului skręcamy do monasteru Voronet. Monaster wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, założył go hospodar Stefan Wielki w 1488 r. Cerkiew pod wezwaniem św. Jerzego, wchodząca w skład kompleksu, jest cerkwią malowaną. Jej najcenniejszym malowidłem jest scena Sądu Ostatecznego, znajdująca się na zachodniej ścianie budynku. Po obejrzeniu monasteru ruszyliśmy w dalszą drogę do hotelu Aldi. Droga prowadziła przeważnie z góry na dół, więc już około czternastej dotarliśmy na miejsce noclegowe. Dziś przejechaliśmy 33 km. Tym razem pech nie uaktywnił się. Wieczorem mieliśmy okazję posłuchać muzyki rumuńskiej, w namiocie rozstawionym przy hotelu odbywało się wesele.

Rano wyruszyliśmy, by pokonać ostatni odcinek naszej trasy. Postanowiliśmy jechać bocznymi drogami, by uniknąć niebezpiecznie jadących tirów. I udało się, nie było tirów, były za to duże, biegające luzem psy, które pomogły nam w utrzymaniu dobrego tempa jazdy. Pod górę i z górki, pod górę i z górki, czyli dzień jak każdy inny. Kilka podjazdów, kilka zjazdów i docieramy do hotelu Curtea Bizantină. Przejechaliśmy 37 km (dwie osoby wybrały dłuższą trasę i przejechały 56 km). Dla pięciu osób dzisiejszy dzień jest ostatnim dniem przygody, szybki prysznic, i wyruszają w drogę powrotną do Polski. Pozostali jadą rowerami do Bistro Forest, po kolacji wypoczywamy przed jutrzejszym zwiedzaniem Suczawy.

Przez siedem godzin zwiedzaliśmy miasto, przeszliśmy 18 km, ale było warto. Dzięki skrótom zwiedziliśmy to i owo, musząc jednak pokonać po drodze nie lada przeszkody (chaszcze, fosy, zatoki, ujadające psy). Jednak nie ulękliśmy się i nie poddaliśmy się, dotarliśmy do miasta i tu zwiedziliśmy ruiny zamku, rynek miasta, dwie cerkwie, cmentarz z polskimi nagrobkami (w Suczawie ma swoją siedzibę Związek Polaków w Rumunii), skansen i bazar. Udany i pełen pozytywnych wrażeń dzień zakończyliśmy późnym wieczorem. 31 lipca wyruszyliśmy do Polski, po drodze zwiedzając wesoły cmentarz w Sapancie. 1 sierpnia byliśmy w domu.

Wielu z nas, zwłaszcza ci, którzy kraj ten mieli odwiedzić pierwszy raz, zadawało sobie pytanie, jak naprawdę wygląda Rumunia. Po spędzeniu w niej kilkunastu dni wywieźliśmy bardzo pozytywne wrażenia. Piękne widoki, dobre drogi (gorzej z kierowcami), sympatyczni i uczynni ludzie. Zdania są dość podobne. W porównaniu do wizyty w 2012 r. pozytywnie zaskoczyła mnie czystość. Widoki chyba na zawsze pozostaną w pamięci, nie mogę doczekać się kolejnego rajdu po Rumunii. Kuchnia bardzo pozytywna, hotele i pensjonaty również mile zaskoczyły (Tomek). Zaskoczyła mnie serdeczność ludzi, pozdrawianie nas i witanie się z nami, jadącymi rowerami obcymi ludźmi. Szkoda, że mało Rumunów jeździ rowerami. Do plusów zaliczyłbym stan dróg. Do tego wrażenia płynące z widoków, krajobrazów, pięknych ozdobnych bram. Bardzo smaczne jedzenie, zwłaszcza ciorba de burta. Szkoda, że język rumuński jest zupełnie niezrozumiały i że nie zawsze dało się porozumieć po angielsku (Tadek). Zaskoczył mnie rozwój Rumunii. Porównując stan z dziś i sprzed kilku lat nie da sie nie zauważyć znacznej poprawy (drogi, pensjonaty). Urzekła mnie Bukowina, malownicze góry, strome pastwiska, zapach kwiatów i ziół, przemieszany z zapachem żywicy. Choć język rumuński był dla nas zupełnie niezrozumiały, to można było bez większego problemu porozumieć się w języku angielskim. Przeszkadzał mi trochę sposób parkowania samochodów (na wąskich chodnikach, na jezdni, na podjazdach do domów), który utrudniał życie rowerzystom i pieszym. Rumuńscy kierowcy jeżdżą szybko i nierozważnie (Łucja). Zobaczyliśmy ciekawy zakątek świata, na mnie największe wrażenie zrobił rejon Marmaroszu, z przepięknymi, malowniczymi górskimi krajobrazami, kraina mocno dziewicza, nie skażona zbytnio cywilizacją, duża część ludzi żyje tutaj jeszcze tak jak dawniej. Łąki z pachnącymi pokosami świeżo ściętej trawy, kopki siana, wozy konne – wszystko tworzy niepowtarzalny klimat i przypomina świat dzieciństwa. Ludzie żyją spokojnie, bez pośpiechu. W dużym stopniu ciągle żywy jest folklor. W oczy rzuca się duża liczba gniazd bocianich i nieskażona przyroda. Niesamowite wrażenie robią tradycyjne, drewniane, rzeźbione bramy wjazdowe i furtki na posesje, są też pięknie obudowane studnie. Bardzo ładna jest też Bukowina, ładne cerkwie ze ściennymi malunkami, niespotykany wesoły cmentarz. Rumunia to kraj do dalszego odkrywania (Mirek).

Piękna Rumunia i niezwykle zgrana grupa, której członkowie potrafią pokonać wiele przeciwności losu. Rajd zakończył się tak samo, jak wcześniejsze. Odbyło się głosowanie i w ten sposób wybraliśmy trasę przyszłoroczną. Zamierzamy pojechać na Polesie.

 

Copyright 2019 Nasz Grodziec